wtorek, 5 lutego 2013

o bieganiu słów kilka

Zamarzyło mi się pobiegać. Nie pierwszy raz w życiu, ba mam juz za sobą incydenty biegackie, ale ostatni raz wyruszyłam "w las" jakieś 2,5 roku temu. Potem zaszłam w ciążę z młodszakiem i nie dało rady. Myślałam, że po urodzeniu i krótkiej rekonwalescencji znów wyruszę na trasę, ale życie zweryfikowało plany. Ogarnianie domu, dwójka dzieci, czwarte piętro, karmienie piersią, uciążliwa logistyka itp. sprawiły, że organizm  ledwo ciągnął do normy, o bieganiu nie było mowy. Jednak byliśmy ostatnio na bardzo mroźnym spacerze, tatuś skakał z chłopakami po drzewach, ja próbowałam się dołączyć do zabawy, ale jakoś tak mi nie wychodziło i przyznam, że się lekko nudziłam. Podglądałam innych i skupiłam się na "biegaczach". Jakże im pozazdrościłam i poczułam wielką chęć tak po prostu pobiec, niestety strój mi to uniemożliwił. Wydaję się jednak, iż mogę chyba powrócić do biegania. Mój organizm pewnie podoła, no a w końcu nie zacznę przecież od maratonu. Brakuje mi tej wolności, którą czuje biegając. Nie mogę uwierzyć, że kiedyś wolałam wypacać się na aerobiku, do tego w dusznej sali i jeszcze płacąc za to. Bieganie wydawało mi się nudne ale wystarczyło raz spróbować by poczuć to coś. 
pozdrawiam

czwartek, 31 stycznia 2013



Wydaje mi się, że to jeszcze za wcześnie, aby na moim stole kwitły kwiaty. Otaczam się jeszcze zimą, nie chcę nic przyspieszać, ale gdy zobaczyłam w sklepie te zielone listki, to aż szkoda je było tam zostawić. Podświadomie tęsknie już za zielenią, myślę o wysiewaniu nasionek, co i gdzie posadzę, ale lubię też zimę. Co prawda za oknem pada i śnieg zniknął, za to na pocieszenie pierwszy żółty kwiatuszek cieszy me oko niesamowicie. 

wtorek, 29 stycznia 2013

Co tu kupić?

Mam ochotę kupić sobie książkę kucharską. W domu stoi kilka na półce, ale to są takie przedpotopowe, a mnie się marzy "nowoczesna", ładna, inspirująca. Taka, którą będę chciała zjeść wzrokiem. Pewnie to już kiedyś pisałam, ale jestem minimalista i z zasady książek nie kupuję. Co najmniej raz w miesiącu odwiedzam bibliotekę, dodam dobrze wyposażoną, i to mi wystarcza. Ja zaspokajam swoje zachcianki (kryminalne :)), a dzieciaki swoje. Wilk syty i owca cała. Poczytamy, pooglądamy, z portfela nie ubędzie. Tym razem jednak mam ochotę na coś swojego, na własność. Taka noworoczna mała przyjemność. Myślałam  o Nigelli, ale pewnie wybór jest o wiele większy. Może Wy mi coś doradzicie?

piątek, 25 stycznia 2013

LEGO

Dzisiejszy wpis będzie o klockach LEGO. Uwielbiam chwilę gdy mój starszak bawi się w klockowego instruktora i to nie tylko dlatego, że mam wówczas błogi spokój, bo nie mam (wiadomo młodszak), ale dlatego, że nie mogę nadziwić się pasji, zawziętości, pomysłów i kreatywności. Rozumiem fenomen klocków LEGO, naprawdę rozumiem. Jeśli do tego, ktoś ma tyle szczęścia co starszak, czyli odziedziczone setki (a może więcej, ja liczę w pudłach) klocków po starszym wujku, to pasja może rozwijać się w sposób nieograniczony. Jak to można siedzieć i siedzieć, i budować i budować, i tak w kółko i w kółko. Ano można, dzieci w temacie umiejętności zabawy jedną zabawką są świetne. Widzę przy tym jak rozwija się sposób tworzenia. Najpierw nieporadne, nieproporcjonalne i mocno chwiejne konstrukcje, a dziś brak mi słów, ale można powiedzieć, że budowle spod ręki szalonego konstruktora. Solidne, pewne ale okraszone dziecięcą wyobraźnią, która przecież nie zna granic. Mamy wiele zabawek, ale jestem pewna, że gdybyśmy mieli tylko te klocki to byłoby OK. Z perspektywy czasu widzę, że tylko one potrafią zająć moje dziecko na dłużej i tylko one tak naprawdę się nie nudzą. Dla przykładu dodam, jak to mój starszak chciał dostać śmieciarkę pod choinkę, upatrzona w jednej z, mamiących dziecięcy umysł, reklam na minimini. Mikołaj, z bólem portfela, zadanie wykonał. Dzisiaj miesiąc po świętach, a śmieciarka tylko raz była na gościnnych występach w przedszkolu,  w domu natomiast ani razu nie wyruszyła. Gdy tymczasem z klocków powstało już kilka śmieciarek...tak, tak fenomen klocków LEGO. Na szczęście jest młodszak i on czasem śmieciareczkę przytuli. Tak w sumie to uważam, że w domu klocków nigdy za wiele, przynajmniej w naszym. Walają się co prawda czasem po kątach, ale przy takiej ilości to ciężko je upilnować. Zwłaszcza te najmniejsze. lubią się ukryć, by potem  znienacka spotkać się z moja stopą ;)

poniedziałek, 21 stycznia 2013

wielodzietność

Kiedyś miałam marzenie aby urodzić bliźniaki. Tak sobie tłumaczyłam, że za jednym razem, dojdę do upragnionego modelu 2+2 (upragnionego na tamte czasy ;)). Jednak dzisiaj mając dwójkę urwisów, z 3 letnią różnicą wieku, wiem, że więcej niż jedno dziecko na raz, byłoby bardzo ciężkim wyzwaniem. Oczywiście do przejścia, ale z nervosolem, albo z ponadprzeciętna dozą cierpliwości. No chyba, że tylko moje się koziołkują, kłócą i szturchają przez pół dnia, doprowadzając matkę do furii (na pewno nie tylko moje). Są naturalnie chwile braterskich przytulasków,porysują coś czasami, a i pobudują razem...ale chwile, ulotne chwile. 
Tak mnie natchnęło, bo obejrzałam dzisiaj program o sześcioraczkach i doprawdy podziwiam, ale nie ogarniam. Jakie emocje muszą wtedy towarzyszyć matce, a w zasadzie rodzicom. Co prawda każdy adoptuje się do swojej rzeczywistości i nie znając innej tą "własna" uznaje za naturalną i normalną, a pewnie tylko "ci" z zewnątrz nie potrafią jej zrozumieć. Aczkolwiek oglądając program, w którym matka musiała skrupulatnie dzielić swój czas między szóstkę maluchów, to naprawdę szczęka opada :) Na pewno później  jest większy luz, bo dzieci w pewnym wieku już potrafią się bawić razem i stanowią takie mini przedszkole, ale spięcie finansowe pewnie narasta. Jednak, co by nie było, z taką gromadką dzieci to musi być bardzo wesoło, a i taka ilość rodzeństwa dobrze wróży na przyszłość. Sama zresztą jestem wdzięczna rodzicom, że mam rodzeństwo. Co prawda w czasach wczesnej młodości rodzeństwo było dla mnie złem koniecznym ;), ale dzisiaj to sobie nie wyobrażam aby ich nie było.
Jak dobrze, że w dzisiejszych czasach są jeszcze tacy, którzy budują duże rodziny i że nie sprowadzają wszystkiego do cyferek, ale widzą dalekosiężnie i mają odwagę tworzyć szczęśliwe "więcej niż 2+1". 

Mam duży szacunek do dużych rodzin, a ten wpis to takie moje prywatne "like it" dla wielodzietności :)

środa, 16 stycznia 2013

Tort czekoladowo pomarańczowy


Z okazji urodzin mego Lubego poczyniłam pyszny torcik, który w moim mniemaniu nie jest aż taki trudny. Jeśli zachęcą Was zdjęcia to podaję przepis.

Biszkopt

4 jajka
szklanka cukru pudru
0,4 szkl maki pszennej
0,3 szkl mąki ziemniaczanej
3 łyżeczki kakao

Masa pomarańczowa

2 duże pomarańcze
250 ml wody
0,5 szkl cukru
galaretka pomarańczowa
'
Krem czekoladowy

400ml śmietanki 30 %
2 tabliczki czekolady mlecznej

szklanka kawy rozpuszczalnej (do nasączenia)

Robimy biszkopt. Żółtka ucieramy z połową cukru pudru na mięciutką masę (mikserem). W drugiej misce ubijamy białka z resztą cukru, piana nie musi być maksymalnie sztywna (ubijam ok 6 minut). W trzeciej miseczce mieszamy przesiane mąki i kakao. Łączymy żółtka z ubitą pianą. Robimy to bardzo delikatnie, mieszając szpatułką, aby masy się wymieszały, a całość powinna zostać w  konsystencji ubitej piany. Następnie dosypujemy 1/3 składników sypkich i jak poprzednio bardzo delikatnie mieszamy, później znów dosypujemy 1/3, mieszamy i znów 1/3, mieszamy. Wydaje mi się, że dużo zależy właśnie od tego, aby mieszać delikatnie i z wyczuciem, a masa zostaje wówczas bardzo puszysta. Całość  wlewamy do tortownicy wyłożonej papierem. 175C i 30 minut z termoobiegiem.



Masa pomarańczowa. Skórkę pomarańczy ścieramy na malutkich oczkach, a pomarańcze kroimy na drobne kawałki, starając się aby było jak najmniej białych części. Skórkę i miąższ wrzucamy do garnuszka i zalewamy wodą. Gotujemy aż zmiękną. Rozdrabniamy blenderem. Gdy jeszcze będzie gorące dodajemy galaretką i mieszamy do rozpuszczenia żelatyny. Odstawiamy do lekkiego stężenia.




Krem czekoladowy. Czekoladę połamana na kostki rozpuszczamy w kąpieli wodnej (do garnuszka wlewamy wodę i zagotowujemy, a na garnuszek kładziemy miseczkę z czekoladą, miska nie powinna dotykać wody). Czekoladę mieszamy aby nie przywierała. Mocno schłodzoną śmietankę ubijamy do konsystencji kremu. Łączymy po łyżeczce, stopniowo, płynną czekoladę z ubita śmietanę. Robimy to powoli aby krem nie stracił swojej konsystencji.


Biszkopt przekrajamy na 3 krążki. Pierwszy nasączmy kawą i smarujemy kremem czekoladowym (zostawiamy trochę kremu aby posmarować nim całość tortu),  kładziemy na niego drugi i ten też nasączamy, a następnie smarujemy lekko tężejącą galaretką i przykrywamy trzecim krążkiem. Całość cienko smarujemy pozostałym kremem czekoladowym i ozdabiany wedle uznania.

Tort jest najlepszy następnego dnia.
Smacznego
J